Kobieta sięgnęła po saszetkę z cukrem, ukręciła papierek i łapczywie wchłonęła zawartość

Kobieta sięgnęła po saszetkę z cukrem, ukręciła papierek i łapczywie wchłonęła zawartość. Patrzyłam na nią i nie wiedziałam czy jest z tego samego snu co Karzeł, czy z kamienicy Komandosa, czy może z kosmosu. Gdybym zaczęła się szczypać, zapewne miałabym siną rękę. Trudno uwierzyć, ale to jednak była moja szefowa, Elizabeth, cała i zdrowa, jak żywcem wyjęta z biura, chociaż jeśli to możliwe jeszcze chudsza niż dwa miesiące temu. Jej drobne palce zmięły papierek po cukrze w kulkę i bawiły się nim nerwowo. Elizabeth miała mi sporo do opowiedzenia, ale wszystko wyciągałam z niej od godziny jak gumkę z majtek szydełkiem, a ona jadła cukier i robiła kulki z papieru. Siedząc przed nią mogłam spokojnie śledzić mapę żyłek na jej skroniach, bo skórę miała cienką jak wosk na kawałku żółtego sera i w odcieniu właśnie lekko żółtawym. Wyglądała tragicznie i nic nie wskazywało na to, że jej życie było usiane różami odkąd widziałyśmy się ostatni raz.

- Domyślam się, że nie było cię tego dnia w biurze?

- Nie, byłam. Dostałam postrzał w ramię – pokazała na czarny golf, w który się ubrała na przekór panującym od rana tropikom – zemdlałam i nie dobili mnie. Miałam szczęście.

- No, mega. Żywa jesteś przede wszystkim, a poza tym chyba Twoi prześladowcy właśnie skończyli robić ten swój dość szemrany biznes. Może byś poszła to gdzieś zgłosiła? Bo wiesz trochę ludzi zginęło.

 

Elizabeth milczała, ale widać było na pierwszy rzut oka, że nigdzie się nie wybiera i żadnego zgłaszania nie planowała.

- Byłaś tam, więc opowiedz, co się stało?

- Nie chcę. Nie przyszłam, żeby ci się spowiadać – w jej oczach błysnęła pewność siebie i tak… wyższość. Czuła się nadal jak luksusowy towar z wyższej półki, chociaż wyglądała na mocno używany egzemplarz. Jednak cena zawsze zależy od tego czy trafimy na amatora, a nie od realnej wartości. Tym razem oferta trafiła kulą w płot. Nie byłam zainteresowana i postanowiłam skończyć tę rozmowę.

- Zapłacę za twoją kawę – zaproponowałam, ale ona chwyciła moją dłoń.

- Nie jesteś ciekawa najważniejszego?

- A co jest najważniejsze, bo trochę się pogubiłam?

- Co będzie dalej?

- Nie!

Teraz wystarczyło wstać i wyjść. Zostawić tę laskę jadącą na metrach sześciennych cukru z jej wspomnieniami, którymi nie chciała się dzielić i wizją przyszłości, którą chciała mi zatruć przyjemni rysujące się popołudnie.

Chyba liczył na to, że mnie zmiękczy, a potem pójdzie mu już łatwo

Jak romantycznie siedzieć na ławce w ogrodzie, gdzie ziemia paruje i kwitną róże. Nie wiem dlaczego piszę o parującej ziemi, może widziałam to na jakimś filmie. W każdym razie ławka była mokra i zaraz jak usiadłam poczułam, że woda wlewa mi się nie tylko za kołnierz, ale w ogóle cała nasiąkam, a wszystko przez nagłe załamanie pogody. Mr. Królik chyba liczył na to, że mnie zmiękczy, a potem pójdzie mu już łatwo. 

- Wiesz, zaprosiłabym cię na górę, ale nie mieszkam sama… – wyszeptałam, gdy całował moją twarz i przytulał mnie, najwyraźniej chcąc powstrzymać rodzący się dygot.

- Chyba sytuacja nie jest romantyczna… Okoliczności są trochę mokre – zauważyłam, przecinając jego nadzieje tuż przy skórze. Nie mogąc uchwycić się żadnej nadziei stracił tupet. Odsunął mnie na długość ramion i spojrzał prosto w oczy. Bezskutecznie. Rozśmieszył mnie tylko, chociaż najwyraźniej miał nadzieję na inną reakcję. 

- Znęcasz się nade mną – stwierdził fakt. 

- Tak troszeczkę, ale może cię ucieszy, że mam małą satysfakcję… 

- Tak, twoje drobne radości cieszą nawet takich łobuzów jak ja. 

- Nie przeceniaj się. Po co wpadłeś? Czy nadal masz nadzieję, że zostanę ozdobą waszego dziwnego eksperymentu?

- Nie. To skończone. Definitywnie. Nie musisz wiedzieć wszystkiego, ale ja od początku byłem po drugiej stronie. 

- Byłeś takim agentem dobra w tym zepsutym, złym świecie? To chcesz powiedzieć? 

- Nie. Byłem gorszy niż oni, ale to już przeszłość. Ty też już nie musisz się tym przejmować. 

- Dzięki. Teraz mam nowych wrogów. Ale dzięki. 

- O czym ty mówisz? – w jego głosie zabrzmiał prawdziwy niepokój. Wyciągnęłam rękę i dotknęłam jego twarzy, ciepłej, znajomej…

Walczyłam dzielnie, smagana deszczem i wiatrem aż wreszcie udało mi się wygrzebać nawet spory dół

Z braku słoików musiałam sięgnąć po środki zastępcze – pojemniki, w których zwykle przechowuje się makaron i przyprawy, wyjątkowo ładne, wyglądały jak kolorowe urny oraz trzy zestawy kontenerków (zapewne drogie), w których pani Irenka trzyma wszystkie specjały w lodówce. Po zapakowaniu środków płatniczych do wyżej wymienionych naczyń poczułam się bogatym człowiekiem, zwłaszcza, że z torby ubyło naprawdę niewiele, trochę z czuba. Z niecierpliwością i mrowieniem w kończynach czekałam na zmierzch. Wreszcie mogłam wytargać całe to dobro do ogrodu, ubrana w ciemny dres, z czołówką na głowie, wglądałam naprawdę podejrzanie. Z trudem udało mi się dotrzeć aż na koniec sporej posesji i walnąć wszystko pod płotem między drzewami. Byłam zła, spocona i właśnie zaczął padać deszcz. Desperacko chwyciłam szpadelek ogrodowy i zaczęłam ryć dziurę w ziemi. Okazało się to sporym wyzwaniem. Miejsce tylko pozornie nadawało się na ukrywanie skarbów, między płotem a drzewami, ktoś utwardził ziemię gruzem, a potężne korzenie utrudniały zrobienie najmniejszego wykopu. Po kilkunastu minutach męki, przesunęłam się z całym dobytkiem za rosnące obok krzewy róży, o które kilka dni temu pokaleczył się Komandos. Walczyłam dzielnie, smagana deszczem i wiatrem aż wreszcie udało mi się wygrzebać nawet spory dół. Byłam skonana, gdy wreszcie uklepałam piasek nad moimi słoikami i usiadłam pod drzewem, żeby ochłonąć. Wtedy zobaczyłam go. Ubrany podobnie jak ja, w ciemny dres zręcznie przesadził prawie trzymetrowy płot i kryjąc się w alejkach obrośniętych żywopłotem ruszył w kierunku naszego domu. Całe zmęczenie, które unieruchomiło mnie pod drzewem nagle zwinęło się w małą kulkę. Poderwałam się sprężyście z ziemi i ruszyłam biegiem do domu. Miałam kilkanaście sekund, aby wcisnąć przycisk alarmu, który wyłączyłam przezornie przed zrobieniem prac ziemnych. Osiągnęłam mistrzowskie przyspieszenie, ślizgając się na trawie i potykając się o ozdobne kamienie i jakieś niemiłosiernie agresywne krzewy. Byłam o kro, gdy nagle wyrósł przede mną i chwycił mnie żelaznym uchwytem. 

- To ja – szepnął przytulając mnie mocno. No jakże, Mr. Królik w całej okazałości, w stroju wojownika ninja hasał po naszym ogrodzie, z pewnością nie w poszukiwaniu świeżych korzonków.

Bierzemy słoik, pakujemy gotówkę, wybieramy miejsce w ogrodzie i grzebiemy weki na czarną godzinę

Akcja żółta torba. Musiałam pozbyć się zdobyczy z domu. Ale co zrobić z furą kasy, której nie zarobiło się ciężką pracą w jakiejś szacownej instytucji? Należało ją ukryć! Oczywiście dyskretnie, bez niepotrzebnych gwałtownych ruchów i wzbudzania podejrzeń. Sprawdzoną od wieków metodą jest oczywiście bank ziemski – bierzemy słoik, pakujemy gotówkę, wybieramy miejsce w ogrodzie i grzebiemy weki na czarną godzinę. Proste. Oczywiście najpierw należało zdobyć szkło. Korzystając z niedzielnego, porannego lenistwa Er. dyskretnie udałam się do kuchni. W domu Er. wszystko jest poukładane, a nad kuchnią panuje pani Irenka. Jednak w weekend ma wolne. Tak więc kuchnia była pusta i cała moja. Opanowała mnie żądza odkrywcy prawdziwych skarbów, czułam się jakbym za chwilę miała dokopać się do Troi. Rozejrzałam się po kuchni jak Schliemann bliski odkopania maski Agamemnona. Gdzie mogą stać słoiki? Na pewno jakieś muszą być, bo nasza Irenka robi niezłe konfitury. Szafki na dole budziły nadzieję, ale stały tam tylko eleganckie, błyszczące garnki, wszystkie jak nowe. Zajrzałam do kilku kolejnych szafek, otworzyłam szuflady i nic. Na górnych półkach stały komplety rzadko używanym talerzy i salaterek. Żadnych słoików! Niemożliwe. Nagle doznałam olśnienia – słoiki zawsze były w spiżarni. Byłam tak podekscytowana tym odkryciem, że przestałam zachowywać ostrożność, czułam, że zwycięstwo jest blisko. Dostrzegłam je, wszystkie stały wysoko na półce i lśniły zachęcająco i tryumfalnie. Niestety, pani Irenka zakamuflowała gdzieś drabinkę, która dawała łatwy dostęp do upragnionych słojów. Nie poddawałam się. Wspięłam się zręcznie z półki na półkę. Następnie jeden po drugim zaczęłam ściągać słoiki jak małe koty z drzewa i przy ostatnim poczułam, że półka na której stoję ma dość, ugina się niebezpiecznie, chwieje i lecimy obie skazane na przyciąganie ziemskie, bezradne padalce. Przywaliło mnie całe dobro pieczołowicie gromadzone przez naszą Irenkę i uwięziło. Próbowałam się ruszyć, ale szafka przygniotła mnie cały swoim ciężarem i uwięziła. Wołanie pomocy nie miało sensu. Rumor był tak potężny, że mogłam spokojnie poczekać na odsiecz. Nadeszła po chwili w postaci Er. Stanął jak wryty i patrzył oszołomiony na obraz spustoszenia rodem z Maciejowic. 

- Dziewczyno, mogłaś zginąć przy próbie zrobienia śniadania – zauważył bez sensu zamiast natychmiast przystąpić do dźwigania szafki. 

- Czy możesz po prostu mnie stąd wyciągnąć bez zbędnych komentarzy?

- Oczywiście – zapewnił mnie dziarsko i podniósł ciężką, drewnianą szafkę. Wysunęłam się spod niej i usiadłam na podłodze. Usiadł obok lekko sapiąc. 

- Dostarczasz mi emocji. Myślałem, że to jakiś zbir… Dobrze, że nie jestem Pistoriusem. 

- Bardzo śmieszne – jego głupie żarty były po prostu oburzające. Wstałam i wyszłam z kuchni, lekko pociągając bolącą nogą. 

Śpię na pieniądzach, dosłownie

Śpię na pieniądzach, dosłownie. Pod moim łóżkiem leży jakiś milion, albo dwa. Nie miałam czasu policzyć od kiedy przytachałam żółtą torbę zziajana jak wyścigowa szkapa na Wielkiej Pardubickiej. Zaraz po dokonaniu tego wspaniałego znaleziska zostałam porwana i spędziłam dwa dni w hotelu w centrum miasta bez czucia i świadomości. Uciekłam. Jak to możliwe, że ktoś zadał sobie tyle trudu, aby mnie zawlec do hotelu a jednocześnie tak słabo pilnował? Może miałam uciec i chodziło tylko o to, żeby mnie nastraszyć? Nie wiem, czy torba i porwanie mają jakiś wspólny mianownik, ale mam nadzieję, że zanim ktoś urwie mi łeb w ciemnym tunelu sprawa się wyjaśni. Jedno jest pewne, komuś udało się zatrzymać mnie w domu. Siedzę i myślę. Może właśnie tak miało być?

Komandos przedarł się przez żywopłot otaczający ogród Er. Podrapał sobie twarz i wyglądał jak człowiek, który drażnił się z kotem. Usiedliśmy w małej altance w ogrodzie i dałam mu chustkę, żeby doprowadził się do porządku. Porwał ją na małe kawałeczki i poprzyklejał sobie do ran. Kiedy mówił, drobiny papieru powiewały przyjaźnie w bruzdach twarzy jak białe chorągiewki wywieszane w okopach. 

- Twoi prześladowcy to wielka, międzynarodowa korporacja. U nas działają od kilku lat i są uważani za bezwzględnych graczy. Ich produkty, te kapsułki. To tylko przykrywka do grubszych spraw. Boję się o nich mówić. Tutaj masz raport… wydrukowałem ci. 

- Dzięki. 

- Jest jeszcze coś, ale nie wiem, czy ci mówić – zawahał się przez chwilę. Jednak sięgnął do kieszeni i wyjął kartkę. – Wcisnął mi to w drzwi. Sądzę, że wie, że jesteśmy w kontakcie. Jest tam tylko numer telefonu. Na twoim miejscu… albo nie… nie jestem tobą. Sama zdecyduj. 

Podrapał sobie twarz i wyglądał jak człowiek, który drażnił się z kotem

Śpię na pieniądzach, dosłownie. Pod moim łóżkiem leży jakiś milion, albo dwa. Nie miałam czasu policzyć od kiedy przytachałam żółtą torbę zziajana jak wyścigowa szkapa na Wielkiej Pardubickiej. Zaraz po dokonaniu tego wspaniałego znaleziska zostałam porwana i spędziłam dwa dni w hotelu w centrum miasta bez czucia i świadomości. Uciekłam. Jak to możliwe, że ktoś zadał sobie tyle trudu, aby mnie zawlec do hotelu a jednocześnie tak słabo pilnował? Może miałam uciec i chodziło tylko o to, żeby mnie nastraszyć? Nie wiem, czy torba i porwanie mają jakiś wspólny mianownik, ale mam nadzieję, że zanim ktoś urwie mi łeb w ciemnym tunelu sprawa się wyjaśni. Jedno jest pewne, komuś udało się zatrzymać mnie w domu. Siedzę i myślę. Może właśnie tak miało być?

Komandos przedarł się przez żywopłot otaczający ogród Er. Podrapał sobie twarz i wyglądał jak człowiek, który drażnił się z kotem. Usiedliśmy w małej altance w ogrodzie i dałam mu chustkę, żeby doprowadził się do porządku. Porwał ją na małe kawałeczki i poprzyklejał sobie do ran. Kiedy mówił, drobiny papieru powiewały przyjaźnie w bruzdach twarzy jak białe chorągiewki wywieszane w okopach.

- Twoi prześladowcy to wielka, międzynarodowa korporacja. U nas działają od kilku lat i są uważani za bezwzględnych graczy. Ich produkty, te kapsułki. To tylko przykrywka do grubszych spraw. Boję się o nich mówić. Tutaj masz raport… wydrukowałem ci.

- Dzięki.

- Jest jeszcze coś, ale nie wiem, czy ci mówić – zawahał się przez chwilę. Jednak sięgnął do kieszeni i wyjął kartkę. – Wcisnął mi to w drzwi. Sądzę, że wie, że jesteśmy w kontakcie. Jest tam tylko numer telefonu. Na twoim miejscu… albo nie… nie jestem tobą. Sama zdecyduj.

Musiałam zniknąć i to jak najszybciej, tylko jeszcze nie wiedziałam jak

Er. spytał, gdzie byłam. Był wyraźnie zaniepokojony, gdy wszedł do mojego pokoju i przyłapał mnie na opatrywaniu poszarpanej dłoni. Szybko schowałam rękę za plecy, co tylko spotęgowało jego czujność. 

- Pokaż rękę – powiedział z naciskiem, chociaż jego głos był cichy jak zwykle jednak lekko drżał. 

- Nic się nie stało… to tylko niewielkie otarcie. 

Obejrzał moją rękę w skupieniu i sięgnął po telefon. 

- Cześć! Będę potrzebował twojej pomocy. Za chwilę… tak w domu – mogłam się tylko domyślać, że zadzwonił do Ludwika, lekarza, a prywatnie kumpla od brydża. 

- Zaraz podjedzie Ludwik. Chciałbym, żeby to obejrzał – zwrócił się do mnie stanowczo, ale z czułością. – Nie było cię dwa dni… – zawiesił głos, jakby czekał, że opowiem mu o wszystkim. Moje milczenie potraktował z szacunkiem. 

- Pomyślałem, że przydałby nam się wyjazd. Może wybierzesz jakiś kierunek, a ja zamówię bilety?

- Pomyślę o tym – zgodziłam się, ale chyba od razu wyczuł, że tylko po to, aby odczepił się i nie drążył. Być może zauważył wcześniej, że spakowałam walizkę i schowałam ją w garderobie. Jednak nie wiedział, że moje plany gwałtownie uległy zmianie i potrzebowałam kilku dni, aby dojść do siebie i podjąć jakieś decyzje. Jedno było pewne. Musiałam zniknąć i to jak najszybciej, tylko jeszcze nie wiedziałam jak. 

Bezczelnie wymierzył aparat w moją stronę. Zostałam uwieczniona i chyba wysłana w kosmos

Dziewczyna wsiadła do autobusu i rozejrzała się po zajętych miejscach. Wybrała mnie – wszystko przez ten wygląd licealistki. Przepchnęła się przez tłum i zawisła pachą nad moją głową. Teraz dostrzegłam, że jedną rękę ma zajętą, gdyż trzyma niewielkiego psa, na oko rasowego, ale kto go tam wie. Rozpoczęłyśmy wspólną jazdę, ja siedząc, a jednak w gorszym położeniu niż ona gibając się na potężnych nogach, które wprost rozsadzały legginsy i piesek wciśnięty w gorącą przestrzeń uścisku. Tymczasem autobus ugrzązł w korku i wykonywał co chwila krótkie pyrgnięcia jak narowisty rumak. Chłopak siedzący obok mnie oderwał oczy od dotykowego ekranu i skupił się  na mojej sytuacji, kliknął coś i bezczelnie wymierzył aparat w moją stronę. Zostałam uwieczniona i chyba wysłana w kosmos, o czym świadczyło kilka wprawnych ruchów kciukiem. Autobus wykonał kangurka i utknął na dobre. Kierowca zawalczył, ale silnik odmówił współpracy. Mogliśmy wysiąść.  

Ruszyłam za tłumkiem, który sypnął się między wciśnięte w korek samochody. Nagle usłyszałam za sobą ciche posykiwanie, zanim się obejrzałam, ktoś chwycił moją rękę i boleśnie wywinął. Napastnik był tuż za mną, ale w żaden sposób nie mogłam go dostrzec. Spróbowałam uwolnić rękę, ale wtedy poczułam palące ukłucie w ramię, a po sekundzie milion mrówek rozbiegło się po całym moim ciele. Stało się… ogarnęła mnie ciemność. 

Świadomość wracała powoli. Leżałam w zaciemnionym pomieszczeniu i walczyłam z podwójnym widzeniem. Po chwili dotarło do mnie, że jest to duży pokój hotelowy, ktoś zaciągnął story, a ja mam związane z tyłu ręce. Byłam sama, albo ktoś kto mnie pilnował siedział w drugim pokoju. Należało szybko uwolnić ręce, to podstawa. Zaczęłam kombinować, ale plastikowa taśma nie ustępowała. Bolało jak cholera, gdy na siłę wyrwałam dłoń z wąskiej pętelki. Miałam kompletnie zrujnowany nadgarstek, ale byłam wolna. Podeszłam cicho do drzwi, ktoś w drugim pokoju rozmawiał przez telefon. Słyszałam męski głos lekko stłumiony przez przymknięte drzwi. Należało działać bez zastanowienia. Dobiegłam do drzwi, nie były zamknięte. Wypadłam na korytarz, wąski i długi. Kierunek nie miał znaczenie. Skręciłam w lewo i ruszyłam biegiem. Schody otworzyły mi drzwi do wolności. Rzuciłam się na nie, słysząc jakiś głos za sobą, ale daleko. Nie wiem ile pokonałam pięter, leciałam w dół jak na wycieczcie w Wieliczce i z ulgą dopadłam do drzwi, które prowadziły do przestronnego lobby hotelowego, gdzie kręcili się kilka osób. Kontem oka dostrzegłam recepcjonistów witających gości z przyklejonym uśmiechem. Uspokoiłam oddech i z trudem tłumiąc emocje w miarę spokojnym krokiem zaczęłam iść do wyjścia. Wybiegłam na ulicę, w centrum miasta, w późne rozgrzane popołudnie. Przystanęłam i obejrzałam się za siebie, przez przeszklone drzwi hotelu zobaczyłam go, mężczyznę w ciemnym garniturze, który wypadł na środek lobby i nerwowo rozglądał się wokół. Starałam się zanotować w pamięci ciemne włosy, małą bródkę i nienaturalnie szerokie ramiona, jakby nie wyjął wieszaka z marynarki. Odwróciłam się i ruszyłam szybkim krokiem przed siebie, dołączając do spiętrzonej fali tłumu. 

Pomyślałam, że szczęście do wariatów mnie nie opuszcza

Z Komandosem umówiłam się ponownie. Miał „swoimi metodami sprawdzić kilka rzeczy”, tak się wyraził, a ja pomyślałam, że szczęście do wariatów mnie nie opuszcza. Jednak, zamiast Komandosa przyszedł SMS: „Dzisiaj nie! Odezwę się”. Wstałam z ławki, na której kazał mi czekać i ruszyłam do domu, wystukując obcasami śmieszny rytm słów – „dzisiaj nie – odezwę się”. Przecięłam mały skwer i skręciłam w boczną uliczkę, która nieco pokrętnie, ale odwdzięczając się przyjemnym klimatem, prowadziła do domu Er. Nagle zza rogu wypadł jasny busik. Samochodzik mknął między zaparkowanymi autami jak na torze  w wesołym miasteczku, chociaż po chwili okazało się, że jego sytuacja jest raczej dramatyczna, bo tuż za nim pędziła wielka, czarna fura, urywając po drodze kilka lusterek. Trzask łamanego plastiku, wycie syren i żadnych ludzi. Malutki busik z piskiem opon skręcił w lewo, a czarny za nim ledwo wyrabiając się na ostrym zakręcie. Nie miałam szans, aby śledzić losy pościgu, ale przyspieszyłam, by jak najszybciej znaleźć się na końcu ulicy. Tuż przed zakrętem dostrzegłam sporą skórzaną torbę, leżącą pod jednym z wyjących jak ranny zwierz aut. Schyliłam się instynktownie i sięgnęłam po torbę. Była dość ciężka, obficie naładowana czymś, co na oko wyglądało na solidnie upakowane książki formatu kieszonkowego. Odsunęłam suwak, aby nacieszyć oko widokiem kryminałów, których spodziewałam się środku i oniemiałam (wewnętrznie). Torba była wypełniona szczelnie, równo ułożonymi banknotami. Rozejrzałam się wokół, ale ulica była pusta, Nawet wycie samochodów ucichło. Przez chwilę chciałam z powrotem wepchnąć torbę tam, skąd ją wzięłam, ale moje palce zacisnęły się na rączce. Zarzuciłam torbę na ramię, poczułam jak nogi uginają mi się pod jej ciężarem i zachowując spokój ruszyłam dalej w swoją stronę.

Także jesteśmy w punkcie zero – ja mam wszystko akurat, a on musi się starać

Cała historia z moją pracą wydaje mi się coraz bardziej odległa. Jak to możliwe, że dałam się tak wkręcić? Przez ostatnie tygodnie żyłam w przekonaniu, że ktoś rozliczy mnie z absurdalnej umowy, którą podpisałam. Według niej, zgodziłam się być królikiem eksperymentalnym w jakimś szalonym projekcie. Wszystko pod batem w postaci solidnej kary finansowej. Er., wiem to na pewno, jeśli będzie trzeba weźmie wszystko na klatę. Chociaż lekarz kazał mu się oszczędzać. Być może dlatego w ogóle przestał wspominać o tym, że mam za małe cycki. Także jesteśmy w punkcie zero – ja mam wszystko akurat, a on musi się starać. 

Odwiedził mnie Komandos, wyglądał poważnie, jakoś tak na swój wiek. Przygarbił się, chyba posiwiał. Dotarło do mnie, że wcześniej musiał farbować włosy, a właściwie nieprzystojną zaczeskę, którą robił sobie z zachodu na wschód, licząc na to, że wiatr nigdy nie przerzuci tej fali na drugą stronę. 

- Jak się trzymasz? – zapytał, nie wiem dlaczego szeptem. 

- Doskonale… tętno w normie… ciśnienie w normie… – próbowałam zamienić wszystko w kosmiczny żart.

- Widzę, że podchodzisz do tego… hmmm… bezstresowo. 

- Jak kapitan Wrona trąc brzuchem o pas startowy… pełen profesjonalizm w podchodzeniu… do pewnych spraw. 

- Odzywał się do ciebie?- spytał o Yummie. Zawahałam się, czy powiedzieć mu o naszym ostatnim spotkaniu, które nie należało do przyjemnych. 

- Nie… ale – zdecydowała się – rzucił się na mnie niespodziewania, próbował ogłuszyć i porwać. 

- To niemożliwe. Może znowu zaczął brać to świństwo. 

- Przykro mi. W każdym razie muszę uznać przyjaźń z nim za skończoną. 

Komandos podrapał się po głowie. 

- Ewa… musisz mi o wszystkim powiedzieć… ale dokładnie i bez owijania w bawełnę. 

Przez chwilę obserwowałam go uważnie. Zastanawiałam się od czego zacząć…